
30 grudnia 2001 roku podczas akcji zginęło dwóch ratowników: Bartek Olszański i Marek Łabunowicz. Komisja wewnętrzna orzekła, że akcja przebiegła zgodnie z zasadami. Ojciec Bartka, były taternik, jest innego zdania. Sprawa trafiła do nowosądeckiej prokuratury. Trwa postępowanie wyjaśniające.
Dokumenty dokładnie opisują tamte wydarzenia. O godzinie 13.04 , do centrali TOPR-u dociera informacja o wypadku pod Szpiglasową Przełęczą. Lawina zasypała dwójkę turystów: chłopaka i dziewczyną (trzeci z uczestników wycieczki sam wydostał się spod lawiny, dotarł do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów i zawiadomił o zdarzeniu). W kierunku zasypanych natychmiast wyrusza dyżurny ratownik, Stanisław Krzeptowski Sabała wraz z pracownikiem schroniska. W tym samym czasie z Hali Gąsienicowej, na skuterze, wyjeżdżają: Adam Marasek i Edward Lichota. Zmierzają w kierunku Wodogrzmotów. O godzinie 13.45 z głównej bazy TOPR-u przy ul. Piłsudskiego wyrusza grupa ratownicza w składzie: J. Krzysztof, A. Leszczak, L. Riemen z psem, G. Bargiel, B. Olszański, H. Król Łęgowski, M. Łabunowicz i M. Cukier. Spotykają się z pozostałymi ratownikami przy Wodogrzmotach. W bardzo krótkim czasie udaje się im dotrzeć do schroniska w Pięciu Stawach.
Toprowcy uważają, że pogoda może się poprawić. Zapada decyzja o użyciu śmigłowca. Niestety Sokół jest zepsuty. Z Krakowa startuje dyżurujący tam helikopter MI-2. Pogoda znów się zmienia. Wieje bardzo silny wiatr i pada śnieg. Krakowski helikopter musi wracać na lotnisko. Do Zakopanego dociera za to MI-2 będący w posiadaniu Straży Granicznej. Pogoda na tyle się pogarsza, że niemożliwe jest jego użycie. W czasie gdy pierwsi ratownicy są w drodze, do centrali zwołano kolejną ekipę poszukiwawczą, która wyrusza za kolegami.
Tymczasem do pierwszej ekipy dociera wiadomość od Stanisława Krzeptowskiego: Jest ciało, nie oddycha, próbujemy reanimować. Po ponad czterdziestu minutach prób, przestają. Ofiara nie oddycha. Nie czują pulsu. Szukają drugiej zasypanej osoby. Po 10 minutach sondowania śniegu znajdują kolejna ofiarę. Próba reanimacji nie daje skutku. Po chwili ratownik stwierdza zgon. Ratownicy wiedzą już, ze turyści nie żyją. Odwołują kolegów z psami, które już nie będą potrzebne.
Mimo śmierci turystów, ratownicy śpieszą na miejsce wypadku. Podchodzą jednym ze żlebów. Wybierają tę trasę, ponieważ jest bezpieczniejsza. Trasa letnia jest zbyt ryzykowna (to właśnie tym szlakiem szli turyści, kiedy porwała ich lawina). Pogoda wydaje znów się poprawiać. Dalej jednak sypie gesty śnieg. Do ciał jest już tylko piętnaście minut drogi. W pewnym momencie słychać charakterystyczne tąpniecie. Lawina! Porywa wszystkich podchodzących ratowników. Mimo przygotowania na taką sytuację, są zaskoczeni (śnieg wyglądał na solidnie związany z podłożem). Lecą ok. 100 metrów w dół. Rozrzuceni są u wylotu żlebu na szerokości 50 metrów. Pierwszy wydostaje się Edek Lichota. Zaraz po nim Jan Krzysztof. Szukają wzrokiem zasypanych kolegów. Wszyscy są pod śniegiem. Wydaje się, że niektórzy płytko. Widać światła czołówek święcące spod śniegu. Naczelnik widzi nogę wystającą ze śniegu. Kopią. Po kilku minutach wyciągają nieprzytomnego Maćka Cukra. Ci, którzy są płytko pod śniegiem, wykopują się sami. Maciek nie oddycha. Trzeba się śpieszyć. Sztuczne oddychanie. Maciek krztusi się i łapie oddech. Udało się.
Nie ma kontaktu z Bartkiem i Markiem. Tylko oni są pod śniegiem. Reszta jest już na wierzchu lawiniska. Przeszukują lawinisko sondami i specjalnymi detektorami. Każdy TOPR-owiec ma przypięte do ubrania specjalne urządzenie, tzw. pips. Około godziny 18:05 znajdują Marka. Leży prawie dwa metry pod śniegiem. Odkopują go. Cały czas szukają Bartka. Po piętnastu minutach -?Jest Bartek!?. Szybko wykopują go spod lawiny. Zaczyna się walka o życie. Ze schroniska wyruszają kolejni ratownicy. Do akcji włączają się pracownicy Parku i Straży Granicznej. Po prawie pół godziny prób reanimacji u Marka Łabunowicza wyczuwalne słabiutkie tętno i płytki oddech. Koledzy pąkują go do specjalnych noszy. Zjeżdżają z nim do schroniska. Tam jest lekarz. Chłopaki na lawinisku dalej próbują ratować Bartka. Niestety, nie wyczuwają już pulsu. Bartek nie żyje. W obawie przed kolejną lawiną ewakuują się wraz z ciałami do schroniska. Tam już lekarz zajmuje się Markiem. Kolejne próby reanimacji nie przynoszą skutku. O 21:35 lekarz oficjalnie stwierdza zgon. Ratownicy odprowadzają ciała do Wodogrzmotów i dalej samochodami do prosektorium.
Mógł zginąć każdy z nas - mówi Jan Krzysztof, naczelnik TOPR... przy odrobinie szczęścia mogli żyć również Bartek i Marek. Nie ma żadnych wytycznych, do tego, w jakich warunkach wychodzi się na akcje. Decyzja podejmowana jest na bieżąco podczas wyprawy. Zawsze można przerwać działania i za to też będzie ponosić się odpowiedzialność. O życiu lub śmierci decydują minuty. Akcje tego typu zdarzają się w górach wielokrotnie każdego roku. I będą się zdarzać. Prowadzący akcją decyduje o jej przebiegu, o planowanej trasie. Zawsze jest to jedna osoba i to ona ponosi odpowiedzialność za resztę grupy. Decyduje jedna osoba i tak powinno być zawsze. Wszyscy jesteśmy fachowcami w swoim fachu i potrafimy rozróżnić zagrożenie. Decydującym elementem jest często szczęście. Na całym świecie ratownicy mogą przerwać akcję, jeżeli tylko uznają ją za zbyt niebezpieczną. Wiedzieliśmy, że idziemy po ciała, dlatego trasę wybieraliśmy pod kątem bezpieczeństwa. Gdybyśmy ocenili, że było niebezpiecznie, przerwalibyśmy akcję. Nic nie zapowiadało tragedii. Lawinę może spowodować wiele czynników. Trudno jest przewidzieć, kiedy i gdzie zejdzie. Zagrożenie i ryzyko jest stałym elementem tej pracy. Każdy wie, na co się decyduje, kiedy zaczyna pracę w ratownictwie górskim. W tej lawinie mógł zginąć każdy z nas. Mogliśmy umrzeć wszyscy. Dalej będziemy wychodzić w góry, żeby ratować ludzkie życie. To nasza praca.
Łukasz Kułakowski
Średnia ocena artykułu: 8.94
Twoja ocena: Oceń artykuł `Czy musieli zginąć`
Wirtualne Tatry - Copyright © 2000-2009 Piotr Gurgul & Marcin Sieniek
grupowy mail - pytania z egzaminu kolokwium notatki